Przyznaj się, ile razy myłaś twarz aż do uczucia „skrzypienia”? Wiesz na pewno, o co chodzi. Przejeżdżasz palcem po policzku, a skóra jest tak odtłuszczona, że ruch aż hamuje. Sama kiedyś byłam fanką takiego podejścia. Wydawało mi się to niezwykle logiczne. Myślałam, że im mocniej zmyję z twarzy sebum, kurz i resztki makijażu, tym czystsza będzie moja cera.
W redakcji portalu cosmelle.com.ua często omawiamy ten ciekawy paradoks. Dlaczego tak uparcie dążymy do absolutnej, niemal sterylnej czystości? W odpowiedzi dostajemy przecież tylko nowe wypryski, potworne łuszczenie się i uciążliwe zaczerwienienia. Spoiler: same urządzamy katastrofę ekologiczną na własnej twarzy.
Dzisiaj chcę z tobą bardzo szczerze porozmawiać. Opowiem, co tak naprawdę dzieje się na powierzchni naszej skóry. Usiądź wygodnie i zaparz swoją ulubioną kawę albo herbatę. Poznajmy wspólnie nasz niewidzialny świat – mikrobiom skóry. Obiecuję, że będzie ciekawie, trochę niespodziewanie i niezwykle pożytecznie.
Co to jest mikrobiom i dlaczego jest tak ważny?

Wiesz, jak zareagowałam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym zjawisku? Dowiedziałam się, że na mojej twarzy stale żyją miliardy bakterii, roztoczy i grzybów. Miałam ochotę pójść i umyć się po raz kolejny. Najlepiej szarym mydłem. Brzmi przerażająco, prawda? Prawda jest jednak zupełnie inna. Ten niewidzialny ogród zoologiczny to nasz najlepszy przyjaciel i najsilniejszy obrońca.
Mikrobiom to ogół wszystkich mikroorganizmów zasiedlających naszą skórę. To taka nasza niewidzialna sieć. Prawdziwy las tropiklany, w którym każdy robaczek odgrywa swoją krytycznie ważną rolę. One nie „wiszą” tam bezczynnie. Pracują bez dni wolnych, abyś ty mogła wyglądać olśniewająco.
Te maleńkie mikroorganizmy pomagają utrzymać optymalny poziom pH. Bezustannie walczą z agresywnymi infekcjami z zewnątrz. Chronią nas nawet przed szkodliwym promieniowaniem ultrafioletowym. Wyobraź sobie, że to twoja osobista armia ochroniarzy. Kiedy jest ich dużo i są najedzeni – żaden wróg w postaci trądziku nie przejdzie.
Dobrzy kolesie kontra źli
Cały sekret tkwi w zachowaniu równowagi. Na naszej skórze bytują zarówno pożyteczne bakterie, jak i te warunkowo patogenne. Przykładowo, bakteria C. acnes (ta sama, którą obwinia się o pryszcze) żyje u każdej z nas. Kiedy mikrobiom jest w normie, dobre bakterie trzymają ją w ryzach. Wtedy przynosi ona nawet korzyści, ponieważ produkuje kwasy tłuszczowe dla naszej ochrony.
Gdy tylko zaczynamy agresywnie trzeć twarz, ta delikatna równowaga ulega zniszczeniu. Dobre bakterie masowo giną. Złe zaczynają natomiast urządzać szaloną imprezę. Jej dramatyczne skutki zamalowujemy potem podkładem w trzech grubych warstwach. Płaczemy przed lustrem i pytamy w eter: „Za co mnie to spotkało?”.
Dlaczego czystość „do skrzypienia” zabija nasze piękno

Wychowałyśmy się na bajkowych reklamach. Widziałyśmy tam, jak dziewczyny energicznie chlapią wodą na twarz. Namydlały ją do postaci idealnie białej, gęstej piany. Wydawać by się mogło, że sebum (tłuszcz skórny) to zło wcielone. Jednak to właśnie sebum jest głównym pokarmem dla naszego mikrobiomu.
Zmywając cały ten tłuszcz agresywnymi siarczanami, dosłownie zostawiamy naszych obrońców bez kolacji. Umierają z głodu. Bariera ochronna staje się coraz cieńsza. Wilgoć zaczyna bardzo gwałtownie parować. Skóra staje się sucha, ale jednocześnie próbuje się rozpaczliwie ratować. Zaczyna więc produkować jeszcze więcej łoju.
„Twoja skóra to nie jest brudny talerz, który trzeba umyć silnym płynem odtłuszczającym. To żywy, kwitnący ogród. Potrzebuje on troskliwego podlewania i niezawodnej ochrony.”
Bogdana Rudenko
Tworzy się typowe błędne koło. Zmywamy tłuszcz – skóra wysycha i produkuje go dwa razy więcej. Zmywamy go więc jeszcze mocniej i bardziej agresywnie. W ten sposób witamy się z trądzikiem i nadwrażliwością. Przeszłam przez to piekielne koło osobiście. Dlatego doskonale wiem, o czym mówię.
Moja osobista historia porażki
Kilka lat temu uznałam, że muszę mieć „porcelanową” cerę. Kupiłam najtwardszą szczoteczkę do mycia na rynku. Sięgnęłam po peeling z pestkami moreli (och, jak to bolało!). Do tego używałam żelu do cery trądzikowej. Pachniał tak mocno, że miałam wrażenie, iż można nim dezynfekować salę operacyjną.
Myłam twarz rygorystycznie dwa razy dziennie. Starannie pocierałam skórę. Początkowo wydawało się, że jest super. Cera była gładka i napięta jak bęben. Niestety, już po tygodniu zaczął się prawdziwy koszmar. Twarz pokryła się drobną, swędzącą wysypką. Każdy, nawet najdelikatniejszy krem, okrutnie piekł. Czułam się, jakbym smarowała twarz papryczką chili.
Zniszczyłam swój mikrobiom własnymi rękami. Potrzebowałam prawie pół roku, żeby po prostu przywrócić skórę do w miarę normalnego stanu. Wtedy wyrzuciłam do kosza wszystkie moje kosmetyczne „agresory”. Zaczęłam zgłębiać, jak nasz organizm działa w rzeczywistości. Zrozumiałam, że pielęgnacja musi być przemyślana. Podobnie jak wtedy, gdy analizowałam, czy lepiej smarować czy pić kolagen, uświadamiając sobie mnogość mitów w świecie beauty.
Jak zrozumieć, że twoja bariera ochronna błaga o pomoc?
Nasza skóra nie potrafi mówić, ale wysyła bardzo wyraźne sygnały SOS. Jeśli zauważyłaś u siebie coś z poniższej listy, czas zacząć działać. Musisz pilnie zrewidować swoją rutynę pielęgnacyjną.
- Ciągłe uczucie ściągnięcia. Nawet jeśli przed chwilą umyłaś twarz zwykłą wodą, masz nieodparte wrażenie, że zaraz pęknie bez kremu.
- Nagłe przetłuszczanie się. Zawsze miałaś cerę normalną. Teraz jednak świeci się jak naleśnik już godzinę po nałożeniu makijażu.
- Łuszczenie się na tle przetłuszczania. To w ogóle klasyka gatunku. Twarz się mocno błyszczy, ale na nosie i policzkach zdradziecko wiszą suche skórki.
- Reaktywność. Ulubione serum nagle zaczęło piec. Od delikatnego wiatru na zewnątrz twarz od razu robi się czerwona jak pomidor.
- Niespodzianki w postaci podskórnych gul. To takie wyjątkowo bolesne, głębokie pryszcze. Nie da się ich wycisnąć, a siedzą pod skórą całymi tygodniami.
Jeśli rozpoznałaś siebie chociaż w dwóch punktach, gratulacje. Twoje pożyteczne bakterie zorganizowały strajk generalny. Trzeba przyznać, że jak najbardziej można je zrozumieć.
Co dokładnie zabija nasze bakterie?
Zanim zaczniemy leczyć, musimy koniecznie przestać szkodzić. Przejdźmy szczerze przez nasze codzienne grzeszki. Często nawet nie podejrzewamy, jak bardzo niszczycielska może być zwykła, łazienkowa rutyna. Oto główni zabójcy naszego delikatnego mikrobiomu:
- Agresywne surfaktanty (substancje powierzchniowo czynne). To znane wszystkim SLS i SLES ukryte w żelach do mycia. Zmywają one nie tylko brud, ale i całą naszą barierę lipidową.
- Nadmierne stosowanie kwasów. Jeśli jednego dnia beztrosko nakładasz AHA, BHA i mocny retinol – po prostu przestań. To szybka droga donikąd.
- Alkohol w kosmetykach. Toniki z dodatkiem alkoholu to relikt odległej przeszłości. Denaturują one białka i bezlitośnie zabijają wszystko, co żyje na skórze.
- Gorąca woda. Mycie twarzy pod gorącym prysznicem mocno rozpulchnia skórę. Dosłownie wytapia z niej drogocenne lipidy.
- Nadmierna higiena. Mycie żelem rano i wieczorem, a potem jeszcze dokładka po siłowni. To zdecydowanie za dużo dla płaszcza hydrolipidowego.
Przywracamy równowagę: instrukcja krok po kroku

Okej, trochę same siebie nastraszyłyśmy. Teraz spróbujmy mądrze uratować sytuację. Odbudowa zniszczonego ekosystemu jest całkiem realna. Wymaga jednak czasu i przede wszystkim cierpliwości. Nie ma tu żadnych magicznych pigułek. Liczy się tylko konsekwentna i bardzo delikatna pielegnacja.
Pierwszy i zdecydowanie najważniejszy krok to radykalna zmiana podejścia do oczyszczania. Odłóż na bok wszystkie agresywne żele myjące. Możesz nimi doczyścić pędzle do makijażu, tam na pewno się przydadzą. Przejdź na łagodne mleczka, olejki hydrofilowe i pianki o neutralnym pH (wynoszącym około 5.5).
Jeśli nie masz pojęcia, od czego zacząć i jak prawidłowo dobrać bazę kosmetyków, warto podejść do tematu szerzej. Pomocny może okazać się kobiecy biohacking i synchronizacja z cyklem menstruacyjnym. Pozwala to na lepsze zrozumienie własnego ciała i dopasowanie pielęgnacji do aktualnych potrzeb hormonalnych organizmu.
| Przyjaciele twojego mikrobiomu (Co robić) | Wrogowie i niszczyciele (O czym zapomnieć) |
|---|---|
| Mycie chłodną lub ledwie ciepłą wodą | Mycie gorącą wodą pod prysznicem |
| Używanie olejku hydrofilowego do demakijażu | Pocieranie makijażu wacikiem aż do zaczerwienienia |
| Toniki z wąkrotą azjatycką (centellą) i ceramidami | Alkoholowe „papki” na pryszcze |
| Osuszanie twarzy ręcznikiem papierowym | Tarcie twarzy szorstkim ręcznikiem frotte |
| Poranne mycie samą wodą (bez żelu) | Mycie z pianą dwa-trzy razy dziennie |
Probiotyki, prebiotyki czy postbiotyki?
Te trudne słowa słychać teraz niemal w każdej reklamie kremów. Czym one się jednak od siebie różnią? I czego tak naprawdę najbardziej potrzebujesz? Wyjaśnię ci to maksymalnie prosto, zupełnie jak przyjaciółce.
Prebiotyki to po prostu jedzenie dla twoich dobrych bakterii. Są to różnego rodzaju cukry, inulina czy oligosacharydy. Nakładając prebiotyki na swoją skórę, dosłownie przygotowujesz wspaniały szwedzki stół dla obrońców. Oni jedzą, chętnie się rozmnażają i stają się silniejsi.
Probiotyki to z kolei same żywe bakterie. Bardzo trudno jest je skutecznie stosować w kosmetykach. Dodawane konserwanty po prostu szybko je zabijają. Dlatego zazwyczaj używa się lizatów, czyli ich fragmentów. Działają one trochę jak szczepionka. Pokazują zdezorientowanej skórze, jak właściwie powinna wyglądać zdrowa mikroflora.
Postbiotyki to substancje, które pożyteczne bakterie „produkują” w trakcie swojego życia. Należy do nich między innymi kwas mlekowy, peptydy i fermenty. To już w pełni gotowe, dobroczynne substancje. Błyskawicznie koją one podrażniony naskórek i skutecznie łagodzą uporczywe stany zapalne.
Jak wybrać właściwe kosmetyki

Wiem doskonale, jak łatwo się zgubić w ogromnym sklepie. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy na co drugim słoiczku dumnie widnieje napis „odbudowa” albo „eko”. Nie nabieraj się ślepo na te tanie marketingowe sztuczki. Zawsze dokładnie sprawdzaj skład podany na odwrocie etykiety.
Potrzebujesz składników, które koją nerwową cerę i skutecznie ją odbudowują. Szukaj w INCI ceramidów. To taki spajający cement między komórkami. Zwróć też uwagę na skwalan (lipid pokrewny naszej skórze), niacynamid (szybko łagodzi zaczerwienienia) oraz wąkrotę azjatycką (centellę).
Zawsze zwracaj uwagę na konkretne i sprawdzone substancje aktywne. Czasem wcale nie trzeba wydawać małej fortuny. Liczy się świadomy i punktowy wybór produktów, które faktycznie uratują twoją cerę i jednocześnie nie zrujnują twojego portfela.
- Pałeczki kwasu mlekowego (Lactobacillus ferment) – znacząco zmniejszają wrażliwość i tłumią stany zapalne.
- Bifidobakterie (Bifida ferment lysate) – świetnie regenerują uszkodzone DNA komórek po promieniowaniu UV.
- Inulina (Inulin) – idealny, bardzo tani prebiotyk dla zapewnienia mocnego nawilżenia.
- Beta-glukan (Beta-Glucan) – w kwestiach głębokiego nawilżania i kojenia działa nawet lepiej niż popularny kwas hialuronowy.
Dieta i stan wewnętrzny – niewidzialne czynniki
Możemy bez opamiętania nakładać na siebie najdroższe kremy z lizatami bakterii. Jeśli jednak w ciągu dnia jemy same czekoladki i śpimy po 4 godziny na dobę, nie będzie z tego żadnego efektu. Nasza skóra to doskonałe, lustrzane odbicie stanu naszych jelit.
W medycynie istnieje coś takiego jak oś „jelita – mózg – skóra”. Jeśli w twoim brzuchu mocno szaleją patogenne bakterie od nadmiaru cukru i fast foodów, od razu wywołuje to stan zapalny. Szybko rozprzestrzenia się on po całym organizmie, w tym oczywiście na twarzy. Dodaj do jadłospisu kiszoną kapustę, kefir czy modną kombuchę. Twoje wewnętrzne bakterie będą ci za ten gest ogromnie wdzięczne.
Nie można również zapominać o ciągłym stresie. Kiedy mocno się denerwujemy, drastycznie wzrasta poziom kortyzolu w naszej krwi. Zmienia on całkowicie skład naszego sebum, czyniąc go znacznie gęstszym. Gęsty łój skutecznie zatyka pory. I oto mamy już idealne, wymarzone wręcz warunki do niekontrolowanego rozmnażania się bakterii trądzikowych.
Mój plan ratunkowy na 4 tygodnie

Jeśli intuicyjnie czujesz, że twoja skóra jest teraz w stanie totalnej katastrofy, proponuję ci coś specjalnego. Przejdźmy razem na ścisłą „kosmetyczną dietę”. To prosty plan, który bardzo pomógł mi i wielu moim koleżankom w beznadziejnych sytuacjach.
Tydzień 1: Odstawienie. Chowamy głęboko do szafy wszystkie agresywne peelingi. Odstawiamy kwasy (nawet te słabe), ulubiony retinol i mocne maseczki z glinki. Zostawiamy w łazience tylko trzy sprawdzone produkty. Są to: superłagodny środek do demakijażu, bazowy krem mocno nawilżający i krem z filtrem. Rano myjemy twarz samą, czystą wodą.
Tydzień 2: Wzmocnienie. Pod nasz bazowy krem powoli dodajemy delikatne serum z probiotykami lub ceramidami. Skóra może na samym początku trochę się „buntować” i mocniej przetłuszczać. To zupełnie normalny proces. Ona po prostu jeszcze nie wierzy, że nareszcie przestałyśmy zdzierać z niej cenną warstwę ochronną.
Tydzień 3: Ocena sytuacji. Na tym długo wyczekiwananym etapie uczucie ściągnięcia powinno całkowicie zniknąć. Zaczerwienienia stają się znacznie mniej widoczne w lustrze. Kontynuujemy z uporem naszą minimalistyczną rutynę. Staramy się dużo spać i wyraźnie mniej stresować drobnostkami.
Tydzień 4: Ostrożny powrót. Jeśli wyczuwasz, że bariera się odbudowała, możesz ostrożnie spróbować przywrócić lekką eksfoliację. Ale uwaga – żadnych peelingów mechanicznych! Weź łagodny, myjący puder enzymatyczny. Używaj go ostrożnie, maksymalnie raz w tygodniu.
„Najlepsze, co tak naprawdę możesz zrobić dla swojej twarzy w trudnym okresie zaostrzenia problemów – to po prostu dać jej święty spokój i pozwolić mądrej naturze działać.”
Bogdana Rudenko
Mity, w które nadal bezkrytycznie wierzymy
Przemysł kosmetyczny przez wiele długich lat celowo narzucał nam uciążliwe kompleksy. Robił to wszystko po to, aby sprzedawać nam jeszcze więcej obiecujących słoiczków. Rozprawmy się raz na zawsze z kilkoma głównymi mitami. One naprawdę przeszkadzają nam w posiadaniu promiennej i zdrowej skóry.
Mit pierwszy: „Pryszcze biorą się z brudu”. Nie i jeszcze raz kategoryczne nie! Pryszcze to złożony proces zapalny w organizmie. Związany jest on ściśle z naszymi hormonami, genetyką i zaburzeniami mikrobiomu. Jeśli będziesz szorstko myć twarz 10 razy dziennie, z powodu mocnego podrażnienia pryszczy będzie tylko jeszcze więcej.
Mit drugi: „Tłustą skórę trzeba bezwzględnie wysuszać”. To mój ulubiony błąd z czasów burzliwej młodości. Im bardziej agresywnie wysuszasz tłustą cerę alkoholem czy maścią z cynkiem, tym aktywniej gruczoły łojowe próbują ją nawilżyć. Robią to oczywiście za pomocą własnego, nadmiarowego tłuszczu. Tłusta skóra paradoksalnie potrzebuje potężnego, ale bardzo lekkiego nawilżenia!
Zamiast podsumowania
Moja droga, mam wielką i szczerą nadzieję, że po przeczytaniu tego artykułu spojrzysz na swoją rutynę pod nieco innym kątem. Nasza twarz to wcale nie jest pole bitwy z okropnymi bakteriami. To niezwykle kruchy ekosystem. Wymaga on codziennej miłości, akceptacji i bardzo delikatnego traktowania na każdym kroku.
Następnym razem, gdy twoja ręka automatycznie powędruje po ostry scrub albo nuklearny żel do mycia twarzy, zawahanie jest wskazane. Przypomnij sobie szybko o swoich małych, niewidzialnych przyjaciołach. Oni każdego bożego dnia ciężko pracują dla twojego piękna. Postarajmy się chociaż im nie przeszkadzać w ich obowiązkach.
Ściskam cię bardzo mocno! Podziel się w komentarzach, czy w przeszłości też grzeszyłaś myciem „do skrzypienia”. Daj koniecznie znać, jakie łagodne produkty stały się ostatnio twoimi ulubieńcami. Do zobaczenia w kolejnych, równie wciągających artykułach!
No Comment! Be the first one.